home

Santo Antao, Cabo VerdeNapoleon i rum
Jeśli gdzieś zaproponują ci szklaneczkę grogu najpierw rozejrzyj się dokoła. Nie, nie żeby ci coś groziło! I raczej nie wtedy, gdy siedzisz przy stole u przyjaciół lub w jakiejś knajpce. Jeśli jednak jesteś w jakiejś zagrodzie czy domostwie, gdzie wyrabia się grog, rzuć okiem dokoła: jeśli w zasięgu twojego wzroku znajdzie się trzcina cukrowa możesz być spokojny.

Oczywiście nie o siebie, tylko o jakość trunku, jaki ci podadzą. I możesz być pewien, że nie jest on „chrzczony” na tutejszy sposób, czyli nie powstał z destylacji importowanego cukru, lecz miejscowej trzciny cukrowej i że jest to prawdziwy kabowerdyjski rum, czyli jak się tutaj mówi , grog. Kabowerdyjski czyli jeden z najlepszych w świecie, choć, podobnie jak z kawą z Fogo, niedostatecznie znany, a jeszcze mniej dostępny . I najpewniejszym sposobem zaopatrzenia się w tę alkoholową wizytówkę Cabo Verde jest wykupienie biletu TACV czyli kabowerdyjskich linii lotniczych na trasie Europa-Sal lub Europa-Praia.

Na Wyspy Zielonego Przylądka trzcina cukrowa przywędrowała, wraz z Portugalczykami, z Madery już pod koniec wieku XVI, czyli w początkach zasiedlania archipelagu, ale produkcja grogu rozpoczęła się dopiero w wieku XVII lub na początku XVIII na Santo Antão. Wyciskany z trzciny sok służył do wyrobu cukru, którego używano w Europie. Tak było do 1881 roku, kiedy to Madera, broniąc się przed konkurencją, doprowadziła do zakazu importu cukru z Cabo Verde. Produkcja samego grogu przechodziła różne etapy, najpierw była wręcz zabroniona, a władze utrzymywały, że jest on szkodliwy dla zdrowia publicznego.

Tak było i później, choćby w 1941 roku, kiedy to zachęca się głównie do uprawiania roślin przeznaczonych do spożycia. Oczywiście nie spowodowało to nic innego jak powstawanie ukrytych, nielegalnych dystylarni. Dziś można jedynie ubolewać, że zanika zwolna tradycja produkcji grogu metodą tradycyjną, a rolę, jaką dotychczas pełniły woły lub muły odgrywają dziś sprowadzane z Brazylii prasy mechaniczne.

Metoda tradycyjna? Na Santo Antão, w królestwie grogu, trzcina cukrowa rośnie prawie na każdym kroku, oczywiście po tej bardziej zielonej, górzystej i najbardziej płodnej części wyspy; pierwsza połowa, o wulkanicznym krajobrazie, przypomina bardziej wyschniętą São Vicente niż typową tropikalną wyspę. Trzcina rośnie na wysokości, na której już sama uprawa jest niezwykle trudna, nie mówiąc o znoszeniu ściętej trzciny na dół. A ścina ją się w zasadzie między marcem a czerwcem. Jej liście posłużą do krycia dachów, choć w okresach dużej suszy stają się także pożywieniem dla bydła.

Sama trzcina jest cięta maczetą na mniej więcej 50 centymetrowe kawałki i trafia w ręce dwóch mężczyzn, siedzących na ławce trapiche. Trapiche to niezwykle prosta, tradycyjna prasa do wyciskania soku z trzciny, poruszana siłą chodzących wkoło pary wołów lub mułów. Służą do tego trzy cylindry, które obracają się w przeciwnych kierunkach. Mężczyźni wkładają trzcinę między cylindry, a wyciśnięty sok , czy jak niektórzy mówią syrop, spływa kanałem zwanym cubre.

Rum z Cabo VerdePracą zwierząt kieruje tak zwany kolador di boi, który śpiewa im niezwykle popularną w okresie wytwarzania grogu piosenkę „kola boi”, jedną z najczęściej śpiewanych piosenek przy pracy. Jak wieść niesie ta smętna piosenka , opiewająca głównie trudy ludzkiego żywota, wyciska łzy z oczu nie tylko ludziom, ale przede wszystkim pracującym zwierzętom. Po wyciśnięciu syrop przechowuje się przez kilka dni w baryłkach, gdzie zaczyna fermentować. Rozpoczyna się właściwa produkcja alkoholu, aguardente lub miodu.

Na posiadanie własnej trapicie stać niewielu producentów, tylko tych najbogatszych. Zresztą wiele plantacji trzciny należy także do właścicieli, którzy nawet na wyspę nie zaglądają. Reszta musi prasę wynajmować. Produkt finalny to prawdziwy grog z Cabo Verde czyli da terra, w przeciwieństwie do grogu de açucar, wytwarzanego na bazie importowanego cukru. Różnicę daje się zauważyć dopiero po degustacji obu grogów.

A jaka jest w tym wszystkim rola Napoleona? Ten, o którym myślimy na szczęście na Wyspach Zielonego Przylądka się nie pojawił. A Napoleon z Santo Antão to… byk, który użycza swego imienia produktom najsłynniejszej chyba trapiche na wyspie, w miasteczku Paùl. Wystarczy zerknąć na naklejkę zakupionej buteleczki z grogiem czy ponczem. A przywiązany do trapiche Napoleon pozuje do zdjęć, ale czy także pracuje? Tak twierdzi właściciel, tylko czy to prawda?

P.S. W 2009 r. najstrasze trapiche na Santo Antão spłonęło.

powrót