home

 

Kiedy postanowiłam spędzić dwa tygodnie w Alpach i napatrzeć się na to wszystko, o czym czytałam okazało się, że nie obejdzie się bez pożyczki. A dokładniej bez dwóch pożyczek. Po namyśle zmieniłam zdanie. Wzięłam trzy pożyczki i pojechałam na miesiąc do Indii i Nepalu. Bo przecież Himalaje to jest to, co tygrysy lubią najbardziej!

"Aspirynę proszę". "Jaką?". "Najlżejszą". "Jaką?" "Najlżejszą". Uważny wzrok pani magister uświadamia mi, że moja odpowiedź nie najlepiej świadczy o stanie mego umysłu.  Trudno. "I coś na komary"", brnę dalej. "Na co?" No tak, w ten wilgotny, przesiąkniety zimną, wilgotną  mżawką listopadowy dzień wizja ataku komarów jest równie odległa jak najazd kosmitów. A jednak! Za kilka dni znajdę się w środku tropików. 

Agra o świcie (Indie)Wprawdzie w podręcznej apteczce mam już jakieś piekielnie drogie paskudztwo na malarię, ale dobrze jeszcze mieć coś w sprayu. Szczepienia też mam za sobą, przeciwko żółtaczce, polio, tężcowi i czort wie, przeciw czemu jeszcze.

W co ja się wpakowałam? Szczepienia przynajmniej nie ważą, natomiast cała reszta...W domu odcinam rogi opakowania aspiryny i wszystko jeszcze raz dokładnie ważę. Jaki ten plecak mały w porównaniu z całym tym bałaganem, który mam o niego upchnąć. No, nie jest źle. Jedenaście kilo. Do tego jeszcze dojdą kijki teleskopowe.

Wyraźnie wpadłam w manię ważenia. Wszystkie przewodniki trąbią, że należy brać tyko rzeczy absolutnie niezbędne, więc każdy gram mniej to sukces. Zwłaszcza, że  do Indii i Nepalu wybieram się nie z wycieczką, tylko na tramping i mój bagaz będzie podróżował głównie na moim grzbiecie, a ten razem z całą moją osobą waży około czterdziestki. Co by tu jeszcze wyrzucić? Na dywanie ląduje łańcuch ( jeden wystarczy) i cięższy nóż. Czy ja aby nie przesadzam? Ostatecznie to tylko wakacje, urlop, a nie wyprawa w głąb dżungli. 

Na lotnisku w Dehli miało być duszno, parno i tłoczno do granic możliwości. Na razie jest raczej pusto i, jak na nasze wyobrażenie o Indiach, chłodnawo. Cóż, ostatecznie to listopad. Celnicy ledwie raczą spojrzeć na nasze plecaki. Na parę innych bagaży popatrzeć nie mają okazji: wsiąkły gdzieś na trasie Kopenhaga-Delhi.

Jeszcze jedna chwila, jedna para drzwi i jesteśmy na zewnątrz. Pierwszy haust Orientu. Pierwszy krok po niesamowicie brudnej i zaśmieconej ulicy. Przycupnięty przy krawężniku szczur przygląda nam się obojętnie. Natomiast pożerają nas wzrokiem właściciele riksz i taksówek.  "Mister! Do mnie! U mnie najtaniej! Hotel? Przewodnik? Madame! Bizuteria? Sari?" "Nie dajcie się zatrzymać - pokrzykuje pilotka - sznureczkiem za mną.

W miejskim autobusie jest niewyobrażalnie ciasno, a plecaki nie ułatwiają wcisnięcia sie do środka. Zaklinowuję się gdzieś pomiędzy plecakiem Aśki i plecami Arka. Dokoła istny konglomerat głów, toreb i sniadych, uczepionych poręczy rąk. Złote sygnety na jednych, poszarpane, brudne rekawy na innych. "Wstawaj!". Pilotka bezceremonialnie trąca siedzącego przed nami chłopaka- to miejsce dla kobiety! NIe ma czasu na pytania. Ruszamy.

powrót 1 2 3 4 5 6 7